|
Zimbabwe (czasami pisane Dzimbabwe; w języku Shona dzimba dza mabwe oznacza domy z kamienia)
10 maja 2002 Przyjechałam do Harare, stolicy Zimbabwe (skracane tu często na Zim) wczoraj wieczorem - właśnie upływa moja pierwsza doba w Afryce. Jestem tutaj na zaproszenie mojego byłego męża Donalda Foley, który od 3 lat jest tu na placówce dyplomatycznej jako pierwszy sekretarz Australian High Commission czyli vice-ambasador. Do czasu odzyskania niepodległości w roku 1981 kraj ten nazywał się Rodezja (od nazwiska brytyjskiego odkrywcy Cecil’a Rhodes), a jego stolica Salisbury i był częścią imperium brytyjskiego. Musze poczytać trochę więcej na temat historii tego kraju, nawet nie wiem kiedy Brytyjczycy założyli tu kolonię - chyba przed nimi byli tu Portugalczycy. Niestety zgapiłam się i nie kupiłam żadnego przewodnika po Zimbabwe przed wyjazdem, ale na pewno znajdę coś tu na miejscu. Trochę głupio być w kraju, na temat którego niewiele wiem. Kojarzę tylko, że prezydentem jest od odzyskania niepodległości w roku 1980 maniak stalinizmu, dosyć już leciwy (79 lat) Robert Mugabe i, że co 4 mieszkaniec tego kraju ma AIDS. Reszta przede mną.... Dowiedziałam się właśnie od zaprzyjaźnionych dyplomatów, że ze względu na sytuację polityczną po marcowych wyborach, które były sfałszowane przez Mugabiego wiele krajów zerwało z Zimbabwe stosunki dyplomatyczne, a inne (łącznie z Australią) wystosowały do swoich obywateli "travel restrictions" czyli ostrzeżenie, żeby nie podróżować do Zim ze względu na ewentualne zamieszki polityczne no i trudną sytuację ekonomiczną w tym kraju. To okropne uderzenie w przemysł turystyczny tego kraju - podobno hotele zieją pustką i grozi im zamknięcie. Znowu setki ludzi straci pracę, w tym kraju gdzie już jest 70-procentowe bezrobocie. Właśnie zaczyna się zima czyli pogoda jest najlepsza ze wszystkich możliwych w Afryce - gorąco w ciągu dnia (do 30 stopni w słońcu), a w nocy temperatura spa do 2-4 stopni i trzeba włączyć kaloryfer albo palić w kominku. Harare jest położone wysoko (1.500 m nad poziomem morza), więc ma klimat wymarzony. Najzimniej jest w lipcu i sierpniu, potem od października do marca/kwietnia pora deszczowa, a potem znowu sucho. Podobno od 2 lat jest klęska suszy, bo w sezonie deszczowym spada za mało deszczu. Dzisiejszego wieczora delektuję się samotnością i ciszą. Jest mi zimno, więc zakładam wszystko wełniane co mam ze sobą plus grube skarpety Dona i włączam wszystkie olejowe kaloryfery. Ostatniej nocy strasznie zmarzłam pod trzema kocami, na dzisiaj dołożę sobie czwarty i wstawię kaloryfer do sypialni. Rezydencja, w której mieszka Don jest własnością rządu australijskiego i jest położona w eleganckiej dzielnicy Greendale pełnej pięknych domów około 20 minut samochodem od centrum. Dom jest duży: 3 sypialnie, 2 łazienki, living, dining, office, wielka kuchnia, piękny taras wychodzący na WIELKI ogród z dużym basenem. Po ogrodzie od wczesnego ranka krząta się czarny, wiecznie uśmiechnięty ogrodnik Allan. Musi bardzo kochać ten ogród, bo jest on pięknie utrzymany, mieni się rożnymi kolorami zieleni, wokół domu drzewa bananowe i bird of paradise, wszędzie krzewy różane, no trzy wielkie drzewa avocado gęste od owoców! W kuchni króluje czarny housekeeper Weston, mocno już leciwy ale w dobrej formie, a po domu błądzi suka Tootsie (Labrador, golden retriever). Przy wielkiej metalowej bramie wjazdowej otwieranej remote tylko przy wjeździe i wyjeździe samochodu stoi dozorca (guard). Bo oczywiście rezydencja jest strzeżona: full security, wszystko pozamykane na kłódki i zamki, niczego nie zostawia się otworem. Podobno strasznie kradną, jest coraz więcej włamań do właśnie takich domów. No cóż - w kraju gdzie inflacja osiąga 160% nie dziwota: ludzie są po prostu głodni. Don mi powiedział, że dozorcy właśnie urodziło się 9-te dziecko. Gdy wczoraj zapytał jak się miewa baby dowiedział się, że hungry czyli głodne. Bieda tu straszna - wracając z lotniska przejeżdżaliśmy przez dzielnice zwane elegancko high density (czytaj slumsy), pełne kartonowych domków oblepionych gliną. Przygnębiający widok! A potem nagle ekskluzywna dzielnica rezydencji Greendale. Kontrasty szokujące. Ciekawe, co będzie dalej. Dalej była rozmowa o pieniądzach i o czarnym rynku, panującym w tym kraju. Już rozumiem dlaczego Don dyskretnie sugerował mi żebym przywiozła US$ gotówką zamiast karty kredytowej. Bo oficjalna wymiana jest 50 Zim$ za 1 US$, a czarnorynkowa 340!!!! Oznacza to, ze 1 zł = 85 Zim$. Uwaga: w ciągu 3 tygodni cena 1 dolara amerykańskiego podskoczyła do 400 Z$ (1 zł = 100 Z$) a potem do 450. Znawcy przewidują, że do końca roku osiągnie 700 Z$! Daję Donowi 600 US$ żeby mi wymienił i wieczorem przynosi do domu wielką papierową torbę banknotów pięćset dolarowych (500Z$ to największy banknot w tej chwili), a w niej ponad 200.000 dolarów!!! Robimy sobie zdjęcia z tą furą kasy i planujemy koszty naszych podroży. Don zaplanował najlepsze hotele i najdroższe safari lodge. W świetle tej czarnorynkowej sytuacji są wręcz tanie. Dowiaduję się też, że hotele i safari lodge w Zim maja zupełnie inne ceny dla turystów (bardzo wysokie) niż dla rezydentów (bardzo niskie) - coś takiego jak w Polsce w latach 70-tych. Na przykład wejście do parku Victoria Falls dla cudzoziemców kosztuje US$20 czyli 7.000 Zim$ (80 zł), ale dla lokalnych 50 Zim$ (60 gr)!!!! Albo inny przykład: doba w safari lodge Pamushana, gdzie wybierzemy się na początku czerwca dla cudzoziemców kosztuje 960 US$, a dla locals 25.000 Z$ (czyli 62 US$). Na szczęście Don jest local, ma kartę rezydenta (taki dowód osobisty), wiec wszędzie wchodzimy i płacimy ceny dla Zimbabwejczykow. To jest naprawdę super. Jako zwykła turystka długo bym tu nie pożyła, a tak to można poszaleć. A teraz uwaga: średnia pensja miesięczna w Zimbabwe w tej chwili wynosi ok. 20.000 Zim$ (czyli 200 zł). Ogrodnik Dona zarabia 25.000, a housekeeper 30.000. Ciekawe, że "rekomendowana" minimalna państwowa pensja miesięczna dla pomocy domowej to 3.500 Z$ czyli Don płaci Westonowi prawie 10 razy więcej! Sekretarka w ambasadzie australijskiej zarabia ok. 40.000 Z$ i to jest BARDZO uprzywilejowana pozycja. Urzędnik z większym doświadczeniem dwa razy tyle nawet do 100.000 Z$, na stanowisku kierowniczym pensje zaczynają się od 200.000, a na dyrektorskim od 500.000 - prezesowskie uposażenie to miliony Z$. Przykłady cen, które uzbierałam do tej pory (w Zim$): Kawa capucino czy herbata - 89 do 290 $ w zależności gdzie Słoik dżemu - 170$ Bukiet 20 pięknych róż - 100$ Batik rozmiaru dużego obrusa - 2.500-4.000$ Chleb - 100-170$ Ananas - 111$/kg Awokado - 38 $/kg Wielka papaja - 50$ (50 gr!) jeżeli kupiona u murzynki przy drodze, w sklepie 180$/kg Pakiet herbatników - w sklepie 100-200$ a kawałek tortu czekoladowego w kawiarni lub ciasta w ekskluzywnej restauracji 400-600$ Wołowina - 500$/kg Album z kolorowymi zdjęciami - 6.000-8.000$ Kolacja w restauracji - od 3.000 do 30.000 zależy gdzie i co się je. Nocleg w Hotelu Victoria Falls (ze śniadaniem) - 17.000$ Doba z pełnym wyżywieniem wycieczkami safari w The Hide - 11.000$ Doba all inclusive (jak wyżej) w Pamushana Lodge - 25.000$ Doba w zamku The Castle, Vumba ze śniadaniem i kolacją - 12.000$ ***************************************************************** Jutro rano wyjeżdżamy na 10-dniową wycieczkę turstyczno - krajoznawczą. Najpierw na północ aż pod granicę z Zambią, do największego wodospadu na świecie Victoria Falls - hurra!!! Marzę od dawna, żeby odwiedzić ten cud natury. Będziemy jechali ponad 10 godzin (800 km!!!) - dotrzemy tam dopiero pod wieczór. Zamieszkamy w luksusowym viktorianskim hotelu Victoria Falls Hotel - rozkoszując się widokiem i szumem wodospadu. Don nawet zaplanował przelot helikopterem nad wodospadem oraz wycieczkę na safari do Botswany - na terenie Chobe National Park. Chobe to rzeka płynąca przez Botswanę. W drodze powrotnej zatrzymamy się na kilka dni w super-special safari camp zwanym THE HIDE (kryjówka) w parku narodowym Hwange. Potem kilka godzin jazdy do domu, żeby się przepakować i przespać jedną noc, poczym następnego dnia raniutko znowu ruszamy tym razem na północny-wschód do Mana Pools National Park na wycieczkę kajakami (kanadyjkami) po Zambezi river czyli canoeing safari prowadzone przez Jamesa, jednego z najbardziej doświadczonych safari guides w tym kraju. Prowadzi firmę NATUREWAYS specjalizującą się w tego typu wycieczkach. Już czuję, że ten pobyt będzie mocny. Ponieważ będziemy podróżowali po terenach zagrożonych malarią zaczynamy brać lekarstwo prewencyjne raz dziennie, które później okazuje się być tetracykliną. Moja skóra tego nie polubi...
11 maja Wyjeżdżamy o 6 rano, bo przed nami długa droga. Don ma 10-letniego 4WD Mitsubishi PAJERO - super samochód na podróże terenowe, ale w takiej trasie na pojedzie więcej niż 120 km/godz. Właśnie wystawił go na sprzedaż za 2,5 mln Z$. Pierwszych 5 godzin upływa nam niespodziewanie szybko, rozmawiamy o dawnych dobrych czasach, o naszych wspólnych znajomych. Krajobraz piękny, droga prawie pusta; od czasu do czasu mijamy (zawsze przepakowaną!) ciężarówkę, pick-up''y załadowane po brzegi pasażerami lub ledwo włóczący się samochód osobowy typu 30-letni Peugeot lub Renault. Zatrzymujemy się na małą przerwę w Bulawayo, to chyba drugie pod względem wielkości miasto w Zim. Jest bardzo gorące południe, kawiarnia-piekarnia pełna spoconych klientów (a wszyscy czarni!!), toaleta jest w miarę czysta, cukiernia pełna ciastek kiepskiej jakości. Popijamy na stojąco pyszną kawę i zauważam idąca w nasza stronę piękną młodą murzynkę o niezwykle skomplikowanej fryzurze składającej się z tysięcy misternie uplecionych warkoczyków. Nie mogę się powstrzymać: uśmiecham się do niej i komplementuję fryzurę. Patrzy mi prosto w oczy, uśmiecha się szeroko: Thank you. Lekcja nr 1: komplementy przyjmuj z wdzięcznością i otwartością. Pytam jej też jak długo zajmuje plecienie takiej pięknej fryzury. Niedługo, cztery godziny… Lekcja nr 2: czas w Afryce nie ma specjalnego znaczenia. Udajemy się na mały spacer i trochę jestem przerażona tym gorącym, głośnym, czarnym, wrzącym tłumem. Uświadamiam sobie, że oto ukazuje się przede mną prawdziwa Afryka. Ulice są gęste od sprzedawców wystawiających na każdym skrawku chodnika swoje dobra: od plastikowych torebek, przez owoce, cukierki, jarzyny do kart telefonicznych. Na ulicy można kupić wszystko, dosłownie wszystko. Każdy chce coś sprzedać, każdy desperacko szuka klienta. Taki widok będę spotykała we wszystkich miastach, miasteczkach i wioskach Zimbabwe. Na plecach wielu kobiet widzę przyklejone dzidziusie w różnym wieku od malutkich niemowląt do dosyć dużych dzieci, są po prostu przymocowane do matki owiniętym wokół jej ciała ręcznikiem albo kawałkiem kolorowego materiału. Dzieciaczki wyglądają na zadowolone: albo rozglądają się ciekawie albo śpią sobie smacznie…. Wsiadamy do samochodu i ruszamy w dalszą drogę. Zaczyna się prawdziwy upał (ponad 35 stopni) a na dodatek wysiada klimatyzacja. Ostatnie 3 godziny to męczarnia - w samochodzie jest jak w saunie…. Do hotelu Victoria Falls Hotel dojeżdżamy ok. 16, sprawnie wprowadzamy się do pełnego przepychu apartamentu. Lekcja Nr 3: od noszenia bagażu są tragarze, którym daje się napiwek. Od razu ruszamy w stronę wodospadu. Idziemy przez hotelowy perfekcyjnie wypielęgnowany ogród, a potem jest brama i zaczyna się busz, prawdziwy afrykański busz. Wszędzie wokół wielkie - i na dodatek świeże - odchody słoni. Słyszę jakiś dziwny dźwięk, który okazuje się być "pogaduszką" słoni i zdaję sobie sprawę, że niedaleko od naszej ścieżki spaceruje stado słoni!!!! Pierwszego afrykańskiego, wolno żyjącego słonia widzę z odległości może 30 m - niesamowite wrażenie. Po prostu sobie zajada… i nic go nie obchodzi. Trochę się boję, to takie dziwne uczucie - pośpiesznie ruszamy dalej…. MUSI-OA-TUNYA (the Smoke that Thunders, czyli dym, który grzmi) czyli wodospad VICTORIA FALLS uwala mnie swoja wielkością, potęga, powaga, pięknem, tęcza i łagodnością. Jest to przeżycie, którego właściwie nie da się opisać… Mgłę unoszącą się nad wodospadem widać na horyzoncie z odległości kilkudziesięciu kilometrów, obecność tego cudu natury czuje się jeszcze wcześniej, grzmot tysięcy ton przewalającej się wody słychać w całym rejonie, ale tak naprawdę nic nie przygotowuje na ten niesłychany widok! Fakty o wodospadzie: • w miejscu wodospadu rzeka Zambesi (najdłuższa rzeka w Zim 2.700 km, a czwarta największa afrykańska rzeka po Nilu, Kongo i Nigerze) jest ponad 1.000 km od swojego źródła • długość: 1.708 m • średnia wysokość 100 m • 20.000 do 500.000 m 3 wody na minutę przewala się przez brzeg wodospadu • odkryty i oferowany królowej Wiktorii przez podróżnika dr Davida Livingstona w roku 1855 Victoria Falls to właściwie seria kilku wodospadów połączonych ze sobą: pierwszy nazywa się Devil’s Cataract (Katarakta diabła) i charakteryzuje się dudniącą furią, która porusza ziemią wokół. Wspaniały widok na tę cześć jest spod mosiężnego ogromnego posągu Dawida Livngstona, który pierwszy ujrzał wodospad. Dalej idzie się ścieżką przez las i nagle ukazuje się Main Falls (główny wodospad) - majestatycznie przewalające się tony wody tworzą mgłę, z której od czasu do czasu niespodziewanie spada na głowę ulewa deszczu tropikalnego. Trzaskam zdjęcia jak oszalała, chociaż wiem, że tego widoku nie da się zamrozić w obiektywie. Podnoszę ramiona do góry i każdą komórką mojego ciała chłonę to piękno w uzdrawiającej medytacji. Dziękuję duchowi tego miejsca za pozwolenie przebywania w jego polu. Ruszamy dalej, ścieżka prowadzi do Horseshoe Falls (podkowa), Rainbow Falls (tęcza), Armchair Falls I Eastern Cataract. Na samym końcu słynne i niebezpieczne miejsce adekwatnie nazwane Danger Point, obok Boiling Point, a potem już jest Zambia. Oczywiście nie mogę się powstrzymać i biegnę na sam kraniec Danger Point - jest naprawdę niebezpiecznie, pode mną przepaść, kamienie są bardzo śliskie, a z nieba spada tropikalna ulewa. Z tego, co wiem nikt jeszcze nie wrócił z podroży w tę przepaść. Stoję tam przez chwilę jak zaczarowana, postanawiam zbliżyć się do samego brzegu grani żeby zrobić kilka zdjęć cudownej tęczy, potykam się i serce zaczyna mi walić jak szalone… Ale co tam - magia tego miejsca jest jedyna w swoim rodzaju. Don stoi z daleka. Tylko wzrusza ramionami, gdy wracam szczęśliwa i przemoknięta do suchej nitki. To jest właśnie ta różnica, która nas rozdzieliła kilkanaście lat temu: słowiańskie wariactwo i anglosaski stoicyzm, myślę sobie. A może to nas właśnie połączyło? Może taka rozpiętość możliwości była naszym największym zasobem? Może.. Idziemy dalej aż przed nami ukazuje się most nad rzeką Zambesi prowadzący do punktu granicznego z Zambią. W środku mostu buja się samotnie gruba lina bungee: nowo zelandzka firma organizuje skoki z mostu w jedną z najogromniejszych i najprzepieknieszych przepaści tego świata. Akurat nie ma chętnych. Ja też się nie zdecydowałam, mimo że pokusa była mocna. Wracamy z powrotem do hotelu, jestem zachwycona potęgą natury, która stworzyła ten cud. Wieczorem ubieramy się elegancko i jemy na świeżym powietrzu w Jungle Junction kolację wszechczasów - bufet jest po prostu niesamowity, wygląda bosko, pachnie smakowicie więc muszę spróbować wszystkiego. Przejadam się totalnie. Smaki, widoki, zapachy, słodkości - nawet pokusiłam się na grillowany ogon krokodyla, a Don na stek ze strusia. I pomyśleć, że miliony ludzi chodzą spać głodni w tym kraju. To jest po prostu nieprzyzwoite. 12 maja Typowe angielskie śniadanie typu bacon & eggs (czyli obfite, smażone i nieprzyzwoicie tłuste), do tego jeszcze pieczona szynka. Wyłaniający się zza koron drzew widok na spray wodogrzmotów i mostu pomiędzy Zim a Zambia zapiera dech w piersi. Zjadam całe śniadanie i postanawiam wypływać nadmiar kalorii w hotelowym basenie po południu. Ponownie udajemy się na spacer-medytację wzdłuż "dymu, który grzmi". Robię całą serię kolejnych zdjęć. Można wytrzaskać 10 filmów, na szczęście wzięłam tylko jeden. Nawet nie ma tak wielu turystów, plącze się tylko kilku Japończyków co nie jest dziwne w świetle "travel restrictions". Ponoć Zimbabwe przechodzi niepewny politycznie i ekonomicznie okres. To chyba jakiś żart! Zamieszek w tej chwili nie ma, ale podobno jeszcze miesiąc temu były. Jest po wyborach - Mugabe znowu wygrał na następnych 6 lat będzie się panoszył i wprowadzał komunizm. W ramach "reformy" doświadczonym białym farmerom zabiera się ziemię, którą uprawiali od pokoleń i przekazuje ją kilku (lub kilkunastu) czarnym rodzinom. Ci z kolei w krótkim czasie doprowadzają farmę do ruiny, co z kolei doprowadza ten tak bogaty i zasobny kiedyś kraj do ruiny. Dziś w lokalnej rządowej gazecie THE HERALD przeczytałam, że zakupiona w tym roku flota Mercedesów Mugabiego kosztowała 250 mln US$!!! Ciekawe ile milionów głodnych dzieci można by tą sumą wykarmić i wykształcić… To jest bandyta. Członkowie jego rządu po prostu zabierają posiadłości, które im przypadną do gustu - czy to brzmi znajomo dla naszych polskich uszu? First lady czyli jego młoda żona (kiedyś sekretarka) lata do fryzjera do Nowego Jorku, a do Londynu po zakupy. (Jego pierwsza żona umarła na raka). Słynna jest historia, gdy wybrała się na shopping do Harrodds’a w Londynie i zażądała, żeby zamknięto cały budynek. Dyrekcja odmówiła, wiec ona się wkurzyła i poleciała na zakupy do Paryża. Ludzie - ten świat zwariował! Nie mogę odejść od wodospadów - można się gapić bez końca. Wracamy jednak do hotelu, bo Don zamówił wycieczkę do Zambii, gdzie czeka na helikopter którym przelecimy nad całym rejonem. Na granicy z Zambią odbywa się cały cyrk z formalnościami - stoimy chyba ze 30 minut, ale ja się nie nudzę. Obserwuję tłumy małp (baboons), które plączą się wszędzie i wyjadają co tylko mogą, a potem idę na spacer po moście. Na moście oblepia mnie grupa sprzedawców drewnianych rzeźb - oferują wszystko: maski, słonie, hippopotamy, miecze, laski, noże itp. Don odgania ich głośnym warknięciem Fuck off. Odchodzą, a ja idę dalej zrobić trochę więcej zdjęć z mostu. Jak wracam jeden z nich ponownie podchodzi do mnie - podsuwa mi pod nos drewnianą maskę. Jest naprawdę piękna. Mówi, że jego dzieci nie mają co jeść. Sam to zrobiłeś? - pytam. Tak - odpowiada. Tłumaczy mi, że jest to hunter (myśliwy) ze słoniem - bardzo mi się ta maska podoba. Daję mu 2.000 dolarów Zim i wkładam maskę do plecaka. Jestem zadowolona, a on szczęśliwy. Właściwie gdyby miał 10 takich masek to bym wszystkie od niego kupiła - widać po nim, że jest chudy i głodny. Dziwny jest ten świat. Nasz przewodnik z hotelu w końcu załatwia formalności na granicy i wjeżdżamy do Zambii. Jedziemy na lotnisko helikopterowe, pilot już na nas czeka więc szybko wsiadamy. O rany! To niesamowite uczucie podnosić się do góry pionowo! Tego przelotu nad wodospadem nie zapomnę do końca życia - potęga, majestat, piękno w jednym. Śmieję się jak małe dziecko i podskakuję na fotelu z radości, pilotowi chyba to się podoba, Robię całą serię zdjęć z lotu ptaka. Robimy kolejne okrążenie i zaczynamy wracać do bazy. I tu pilot decyduje się na ostry zakręt, żeby pokazać mi ukrytą pod drzewem żyrafę …. I to by było na tyle... Żołądek podszedł mi do gardła, zlałam się potem i byłam na granicy omdlenia - coś mi się przestawiło w głowie. Air sickness trwało przez resztę popołudnia - musieliśmy odwołać wycieczkę o zachodzie słońca motorówką po Zambezi. Wróciłam do siebie dopiero wieczorem. 13 maja - Botswana Rano odbiera nas kierowca hotelowy i jedziemy przez godzinę do granicy z Botswaną. Tam czeka na nas inny kierowca w samochodzie safari, jedziemy do przystani na rzece Chobe. Do przystani właśnie przybiła łódka z lokalnymi handlarzami jadącymi na bazar. Moja uwagę przykuwają wielkie miednice wypełnione po brzegi jakimiś zielonymi bulwami. Pytam co to. Okazuję się, że to lokalny przysmak: bulwy lilii wodnych, które oni jedzą tak jak my kartofle. Robię kilka zdjęć i wsiadamy do naszej łódki z przewodnikiem. To się nazywa river safari. Na widok pierwszego hipopotama w odległości 20 m od nas zaczynam piszczeć z radości - on (może ona?) szeroko ziewa z nudów Och, znowu ci turyści! Poranną kawę pijemy zacumowani obok wielkiego stada hipopotamów tu pieszczotliwie nazywanych hippos. Ciągle trudno mu uwierzyć, ze jestem w Afryce, co chwilę musze się szczypać. Nieco dalej zauważam wylegającego się na słońcu potężnego krokodyla (crock). Około południa nasz przewodnik dodaje gazu i odwozi nas na przystań, gdzie czeka nasz poranny kierowca: teraz będzie drive czyli safari samochodowe. Jedziemy przez kilkanaście minut, poczym zatrzymujemy się pod ogromnym drzewem figowym aby zjeść lunch na tle ellies. Niedaleko od nas całe hordy słoni ukazują się nie wiadomo skąd: idą do wodopoju na popołudniowy drink. Stoję jak zaczarowana obserwując tych łagodnych olbrzymów - nasz guide tłumaczy wiele rzeczy dotyczących zwyczajów słoni. Właśnie podchodzi stado matek z dziećmi. Na nie trzeba uważać, bo słonice bardzo agresywnie będą bronić swoich maleństw jeżeli dojdą do wniosku że jest jakieś zagrożenie. Nigdy nie wiadomo kiedy do takiego wniosku dojdą, wiec na wszelki wypadek odjeżdżamy dalej. Safari trwa kilka godzin - co chwilę ukazuje się jakieś zwierzę, wtedy wyłączamy silnik i obserwujemy je. Wracając późnym popołudniem mija nas PAJERO pełne Japończyków, a może Koreańczyków. Widzieliście lwa? - pytają. Nie widzieliśmy, więc oni nas prowadzą …. I rzeczywiście: w odległości kilkunastu metrów od naszego samochodu siedzi przyczajona pod drzewem lwica!! To niesamowite tak na nią patrzeć... Podobno ma gdzieś w tej okolicy małe. Wyszła zapolować, ale jest chyba jeszcze za gorąco. Dobrze, że jesteśmy w parku narodowym i nikt na nią nie zapoluje. Chwilę jej się przyglądamy, ona nami się nie przejmuje - wpatrzona jest gdzieś daleko przed siebie - po chwili odjeżdżamy. Jestem wypełniona zachwytem nad przyrodą, ptakami, zwierzętami - sawanna jest zupełnie inna niż cokolwiek co do tej pory widziałam czy doświadczyłam. Pachnie inaczej i ma w sobie jakąś magię. Czuję, że moja afrykańska przygoda bardzo na mnie wpłynie. Wibracja tego kontynentu jest potężna i wszech- poruszająca. Z botswanskiego buszu wracamy pod wieczór do naszego ekskluzywnego hotelu. Tym razem w czasie bufetu w Jungle Junction już odpuszczam sobie wiele potraw, ale za to próbuję kilku deserów. Tiramisu jest okropne, ale tort cytrynowy pyszny. 14 maja - Hwange National Park, The Hide W południe wyjeżdżamy z miejscowości zwanej Victoria Falls. Jest to mała mieścina, która powstała obok wodospadów aby obsłużyć turystów. Ruszamy w drogę powrotna. Przez szybę samochodu widzę za sobą unoszącą się chmurę nad wodospadem… Żegnaj - może kiedyś to wrócę. W odpowiedzi na to ciche marzenie na horyzoncie ukazuje się tęcza. Za jakieś 3 godziny skręcamy w prawo i wjeżdżamy głęboko w Hwange National Park - jest to największy park w Zimbabwe 15.000 km kwadratowych, a w nim ok. 40.000 słoni, 15.000 bawołów, 3.000 żyraf. Tam, w gęstym buszu kryje się The Hyde, ponoć specjalistyczna safari lodge. Mam przed sobą mapę, jakoś nam udaje się jechać po tych wyboistych piaskowych drogach przebijać się stopniowo przez busz - tu rzeczywiście bez 4wd ani rusz. Donald jest dobrym i pewnym kierowcą - nagle staje bo coś mu się nie podoba. Wychodzi sprawdzić ten dziwny odgłos i po chwili wyjmuje z tylnego koła wielki 20 cm gwóźdź - złapaliśmy gumę!!! Ja obstawiam samochód przed lwami i innymi stworzeniami, a Don zmienia koło. Stoję na środku drogi, bo boję się, że w trawie może mnie dopaść czarna mamba, bo one tu przecież mieszkają. Nad nami szybuje orzeł. Dziękuję mu za opiekę. Czuję się bezpiecznie, ale dziwnie w tej dzikiej krainie. W końcu dojeżdżamy do lodge. Kierownictwo wita nas bardzo serdecznie - jesteśmy jedynymi gośćmi w całym kompleksie. The Hyde składa się z 8 wielkich namiotów przerobionych na komfortowe domki safari - każdy z murowaną łazienką i opalanym drzewem mini-bojlerem na zewnątrz. Wejście naszego namiotu zwanego "Żyrafa" (każdy namiot ma swojego patrona zwierzęcego i jest oznaczony jego czaszką) wychodzi na ogromną polanę. Przed naszymi oczami przez następnych kilka dni do wodopoju przejdą dziesiątki dzikich zwierząt - słoni, żyraf, antylop, kudu, dzików, małp… Pijemy herbatę z właścicielem i dowiadujemy się, że wczoraj wieczorem przy kolacji odwiedził ich leopard. Po herbatce pierwsza drive. Naszym przewodnikiem jest uprzejmy i elokwentny Duffy - jego wiedza na temat roślin, ptaków, zwierząt i ich zwyczajów robi na mnie ogromne wrażenie. Na każde moje pytanie potrafi odpowiedzieć. Opowiada też wspaniałe historie swoich przygód jako guide. Okazuje się, że pracuje w tym zawodzie od 6 lat - mieszka na stałe w The Hyde, co oznacza że ze swoją rodziną widuje się raz na 2 miesiące przez kilka dni. Teraz częściej, bo turystów coraz mniej. Ponoć The Hyde specjalnie nie ucierpiała - ciągle mają gości z różnych części świata. Podobno ludzie, którzy tu raz byli chętnie wracają. Zapada wieczór - po raz pierwszy widzę zachód słońca w afrykańskiej sawannie. Robię kilka zdjęć z nadzieją, że coś wyjdzie…. Nagle przed nami ukazuje się stado żyraf - po raz pierwszy widzę żyrafy z odległości kilku metrów. Wyłączamy silnik i przez kilkadziesiąt minut po prostu obserwujemy te piękne zwierzęta. Wielki samiec zaleca się do mniejszej samicy obwąchując jej zadek - jestem świadkiem rytuału godowego: on zaczyna wąchać, ona odchyla ogon i robi siusiu, on to siusiu smakuje, podnosząc głowę do góry i śmiesznie wykręcając wargi. Potem dopiero przeczytam w przewodniku, że ten charakterystyczny lip curl to część zalotów. Samiec po jakimś czasie bardziej zaczyna się interesować jedzeniem soli z ziemi niż swoją panienką. Żeby zjeść z ziemi musi wykonać bardzo dziwny manewr tymi długimi szczudłami: lewa przednia noga w lewo, prawa w prawo, potem ten sam rozkrok tylnymi nogami i dopiero wtedy głowa na długiej szyi może zanurzyć się w dziurze w ziemi, skąd wylizuje minerały. Ale widok!!! Podobno żyrafy na noc zbierają się w stada. Rzeczywiście pojawia ich się coraz więcej. Są takie piękne i chyba przyzwyczajone do tych dziwnych ludzików w tych swoich dziwnych samochodzikach…. Bo odchodzą dopiero jak zapalamy silniki. W bazie już jakiś dobry duszek zapalił ogień pod naszym bojlerem i jest ciepła woda: można się wykąpać. Wychodzę spod prysznica i zawinięta w ręcznik siadam przed namiotem, a tu nagle na tle wieczornego nieba wyłania się ogromne stado słoni. One tak cicho nadchodzą, są takie wielkie a takie delikatne. Zakładam wszystko co mam, bo nagle temperatura spada do ok. 7 stopni i idę do radośnie trzaskającego ogniska. Stamtąd obserwuję kolejne stada słoni - jedno odchodzi, przychodzi następne. Wymieniają się dyżurami przy wodopoju czyli waterhole. Potem czarny kelner ubrany w wykrochmaloną białą koszulę z elegancką muszką zaprasza nas na kolację. Stół stoi w jadalni, która nie ma ścian tylko słomiany dach. Jemy pyszny 3-daniowy posiłek obserwując paradę słoni po czym wracamy do ogniska. No i sypią się opowieści przewodników o przygodach i ciekawych gościach. Duffy proponuje nam night drive czyli nocną przejażdżkę po buszu. Z ochotą przyjmujemy to zaproszenie. Widzę, że ma rękawiczki i czapkę więc zawijam sobie turban na głowie z mojej letniej chusty i już siedząc w jeepie opatulam się w dwa koce. Jest coraz zimniej. Ta pierwsza nocna jazda zrobiła na mnie ogromne wrażenie, bo Duffy świecił z samochodu potężnym reflektorem dookoła i nagle ukazywały się te wszystkie …. oczy. A on wiedział who is who… czyje to oczy. Wiele zwierząt wychodzi nocą się karmić, a inne polować. Mieliśmy ogromne szczęście, bo w pewnym momencie namierzyliśmy jeżozwierza (aadwack) co podobno jest ogromną rzadkością - pojechaliśmy za nim przez dłuższy czas, widziałam go z bardzo bliska. Ależ to jest niesamowite zwierzę!!!. 15 maja Pobudka przed wschodem słońca czyli o 5.30 - jedziemy na morning drive. To był mój pierwszy afrykański wschód słońca - teraz to już jestem od tego uzależniona! Tyle budzących się zwierzaków - szczególnie małpy, ich poranne zabawy i obowiązkowe iskanie. Śniadanie o 8 potem wycieczka samochodem z guidem w głąb parku narodowego Hwange do lunchu, sjesta po południu, znowu jazda i znowu jedzenie i znowu nocna jazda…. Jakoś było trochę cieplej. Jutro jedziemy do Harare przepakować się, przespać i kolejne safari tym razem river safari na kanadyjkach. 17 maja - Mana Pools National Park Wyruszyliśmy o 6 rano, przed nami 5 godzin jazdy w kierunku północno- wschodnim. Jadą z nami dwie angielki - Helen i Julie oraz sam boss James, właściciel Natureways czyli firmy, która to 4-dniowe canoeing & walking safari nam zorganizowała. Jego ludzie już wczoraj pojechali przodem zakładać pierwszy obóz. Będziemy przenosili się wzdłuż rzeki Zambezi i obozowali w trzech różnych miejscach. Z głównej drogi zjeżdżamy po ok. 4 godzinach i przed nami 86 km w głąb parku. Jedziemy mocno wyboistą drogą. Podziwiam potężne majestatyczne baobaby. Robię kilka zdjęć. Mijamy kolejną bramkę strażników parku, którzy psiukaja nas jakimś świństwem rzekomo żebyśmy nie przenieśli muchy tse-tse, robimy opłaty. Jedziemy dalej. W końcu dojeżdżamy do "centrali" - tam przesiadamy się w jeepy Natureways. Od tej pory jesteśmy pod ich opieką. Jedziemy do obozu kolejną godzinę. Nagle po naszej prawe stronie wyłaniają się dwa młode lwy - lew i lwica!!! Zatrzymujemy się, podziwiając przez jakiś czas króla i królową dżungli. Ale mamy szczęście!! Potem wychodzi przed nami słoń, no i całe stado zebr. Jakie one są piękne!!! Jemy pyszny lunch na świeżym powietrzu przygotowany przez ekipę 6 chłopaków James’a, zostawiamy swoje klamoty w namiotach i jedziemy do miejsca gdzie czekają na nas kajaki. Ten pierwszy spływ jest bardzo łagodny, właściwie płyniemy w prądem. Niewiele trzeba się namachać wiosłami, ale jakie widoki….!!!! Proszę Ducha Zambezi (w języku Shona NyamiNyami) aby nad nami czuwał w czasie następnych dni. Opieka nam się przyda, bo co chwile spotykamy całe społeczności hipopotamów (czasami kilkanaście, czasami kilkadziesiąt!), które wypuszczają fontanny wody w górę i wydają dziwne odgłosy na nasz widok. Od czasu do czasu niektóre pławiące się na powierzchni wody cielsko nagle nurkuje - tak naprawdę nie wiadomo czy nie wyłoni się pod twoim kajakiem - mogą pozostać pod wodą do kilkunastu minut. Ale James wie czego się po tych gigantach Zambezi spodziewać, dobrze zna ich zwyczaje. Eskortuje na tym terenie ludzi przyjeżdżających tu z całego świata, aby dotknąć prawdziwej Afryki od 11 lat. Firmę Natureways kupił od poprzedniego właściciela, który ją wymyślił i założył. Ewidentnie jest to jego pasja, ma ogromną wiedzę. Opowiada w czasie naszej podróży kajakami o zwierzętach, ptakach - ich nawykach i zwyczajach. Na mnie szczególne wrażenie robią krokodyle - są ogromne! Podobno żyją do 200 lat - udało mi się zrobić dobre zdjęcie jednego takiego potwora. Po kilku godzinach oglądamy spektakularny zachód słońca i docieramy do miejsca obozowiska. Boże - jak tu pięknie!!! Czeka na nas ognisko i uwaga! ciepły prysznic, co w warunkach polowych jest absolutnym luksusem oraz pięknie nakryty do kolacji stół. Znowu to jedzenie! Szybko lecę do namiotu, łapię ręcznik i lecę do naszej polowej łazienki, która wygląda tak: na drzewie na linie zawieszony jest wielki brezentowy baniak z kurkiem na dole wypełniony woda zagrzaną nad ogniskiem. Na ziemi podłoga zbita z drewnianych desek, stołeczek i mata (żeby czasami stóp sobie nie zabrudzić!) a wszystko to otoczone brezentem namiotowym, żeby było dyskretnie. Podobnie urządzone są toalety, tylko zamiast prysznica nad wykopanym dołem stoi normalny kibel. Klient nasz pan - klient płaci i dostaje za to wspaniałą obsługę. W obsłudze jest sześciu czarnych tragarzy/kucharzy/kierowców, których obecność ledwo się zauważa. Jest także dodatkowy przewodnik - były hunter Mike - który nosi ze sobą na stałe spluwę oraz wielki karabin w czasie naszych wycieczek. Dowiaduję się od niego, że guide w ramach zdawania egzaminu uprawniającego musi…… zastrzelić słonia. Sprawność obydwu chłopaków staje się oczywista, kiedy w czasie porannego walking safari nagle przed naszą grupą wyłania się z buszu wielki afrykański buffalo gotowy do ataku. Obydwie lufy natychmiast wydają suchy trzask, chłopcy zastygają i dają nam znak, żeby powoli się wycofywać. Robimy to z zapartych tchem, a byk przygląda nam się przez chwilę uważnie po czym majestatycznie odchodzi. James opowiada, że kilka tygodni temu w podobnej sytuacji musiał zwierzę zabić. To była prawdziwie mrożąca krew w żyłach sytuacja. Po prysznicu ubieram się w dresy i kładę na sesję star gazingu. Można się gapić bez końca. Niebo jest czyste, księżyc w nowiu, gwiazdy wyraziste, Mleczna Droga pulsuje życiem, a Syriusz mruga zalotnie nad Pasem Oriona. Proszę energie Syriusza o healing. Otwieram się na uzdrowienie i harmonizację. Deklaruję i sięgam po moje gwiezdne dziedzictwo. Oto jestem w sercu afrykańskiej nocy, doświadczam cudu natury pod drzewem figowym, słyszę pluskanie i mlaskanie hipopotamów w rzece, cykady nad głową i odgłosy słoni w pobliżu. Od czasu do czasu skrzeczą małpy i tylko brakuje ryczenia lwa… W te dźwięki afrykańskiej nocy mieszają się dochodzące od ogniska głosy grupy, większość z nich jest już po kilku drinkach. Nie chce mi się rozmawiać, ale wołają mnie na kolację wiec wstaję i grzecznie siadam do stołu ustawionego na świeżym powietrzu na brzegu rzeki Zambezi pod drzewem akacjowym. Widok jak w bajce, jedzenie marzenie - chłopaki upichcili w żeliwnych garnkach nad ogniem nieprawdopodobny 3-daniowy obiad, którym nie powstydziłaby się świetna restauracja. Tuż przed kolacją dojeżdża do nas ekipa ze Szwecji, trzech Wikingów: Lars, przyjaciel Dona pracujący w Szwedzkiej Ambasadzie i jego dwóch potężnych kumpli, po raz pierwszy odwiedzający Afrykę. Jak następnego dnia razem wsiądą do kanadyjki, to mało nie zatoną. Kilka razy w płytszych miejscach będą musieli wysiadać i przepychać swój kajak. Ich skandynawskie twarze zamienią się w "czerwone twarze". Przy stole siedzę cicho, bo tematy trywialne, a południowo afrykańskie pyszne wino leje się strumieniami. Jestem w pełni uniesienia duchowego - alkohol nie jest mi potrzebny do szczęścia. Wcześnie odchodzę od stołu i wracam do namiotu na star gazing. Namioty są specjalnie zaprojektowane przez James’a: mają siatkę po bokach i na suficie czyli wrażenie jest takie jakby się leżało pod gołym niebem w środku dżungli - niesamowite! Tej nocy budzi mnie odgłos żerującego gdzieś w pobliżu słonia. Przez chwilę wsłuchuję się w dźwięki nocne, zastanawiając się co bym zrobiła gdyby ten słoń podszedł bliżej… Zasada Nr 1 w czasie biwakowania w buszu: w nocy nie wychodzić z namiotu! Każdy z naszych namiotów ma własną prywatna toaletę. Kilka miesięcy temu na tym samym terenie miał miejsce tragiczny incydent: pewien Holender, szkolący się na przewodnika safari został zjedzony w nocy przez lwy! Rano znaleźli tylko jego głowę…Podobno nie wiadomo do końca co się stało: może zostawił namiot otwarty, może wyszedł na zewnątrz i nadział się na polujące stado, może był zbyt pewny siebie i poszedł na nocy spacer. Mocna lekcja. Przypominam sobie, że po drodze James wykonywał wiele telefonów: jeden z nich zapewniający asystę pogotowia helikopterowego, na wypadek gdyby ktoś z jego uczestników potrzebował pomocy lekarskiej… Hm! Naprawdę jestem w środku puszczy. Wszystko może się wydarzyć.
18 maja Przed świtem budzi nas pogodne Good morning! i dźwięk ciepłej wody nalewanej do miski przed namiotem - to zaproszenie na poranną herbatę. Wszyscy zbierają się wokół stołu i trochę nieprzytomnie popijają kawę, a ja moja herbatkę Rooibos. Pakujemy plecaki i wchodzimy do kajaków przy promieniach wschodzącego słońca. Witam się z NyamiNyami i ponownie proszę o opiekę i życzliwość. Dzisiaj moją parą na kanadyjce jest James. Bardzo się z tego cieszę, bo James jest kopalnią wiedzy o zwierzętach afrykańskich, ptakach i roślinach. Cały dzień gadamy albo po prostu milczymy podziwiając widoki roztaczające się przed nami. Zambezi to potężna, wielka i silna rzeka, w wielu miejscach bardzo silny prąd. James zna tę rzekę bardzo dobrze. Sprawnie prowadzi nasza grupę. W pewnym momencie wybiera odnogę-kanał, gdzie spędzamy kilka godzin. Bogactwo zwierzyny w tym rejonie jest zwalające z nóg, co chwilę wynurza się przed nami jakiś "okaz". Po jakimś czasie przybijamy do brzegu i udajemy się na walking safari. Obaj chłopcy biorą ze sobą broń. Spotykamy wielkiego słonia -samca. Idziemy za nim przez jakiś czas, raz chyba się na nas wkurzył bo wykonał manewr szarżowania - ataku. James mówi, ż słonie często udają szarżowanie dla zabawy… Ładna mi zabawa jak rusza w twoją stronę kilkutonowa masa. Potem jemy lunch pod drzewem akacjowym. Na kajakach zapakowany jest stolik, krzesełka, lodówka przenośna pełna pyszności i druga z drinkami. Wracamy na kajaki. Popołudniowy spływ jest pełen wrażeń. Jak przybijamy do nowego miejsca noclegowego cały obóz (łącznie z naszymi bagażami i pościelą) jest już przeniesiony i rozłożony! Jestem pod wrażeniem. Poczym zaczyna się wieczorny rytuał: ognisko, kolacja, gadanie pod gwiazdami. Tak spędzamy następne dni. Każde miejsce obozowiska jest piękne - robię dużo zdjęć. Nawet kilka fajnych scen udało mi się złapać. Na początku bardzo żałowałam, że nie wzięłam kamery wideo, ale potem byłam zadowolona bo jednak kamerowanie nie pozwala cieszyć się naprawdę tym bogactwem które się tu w Afryce przed tobą cały czas odkrywa - bardzo rozprasza. Dzisiejszy lunch był bardzo egzotyczny. Po południu nasze ostatnie leg over czyli spływ w stylu dowolnym. Cztery kajaki łączą się, wiosła odkładamy i po prostu płyniemy z prądem, sącząc drinki albo coca-colę słuchając opowieści naszych przewodników. Słońce powoli kładzie się na horyzoncie - w ciszy przeżywam kolejny afrykański zachód słońca. W czasie tego procesu niebo mieni się calą gamą kolorów: najpierw czerwono -pomarańczowa, a potem różowo -fioletową. 19 maja - przygoda z muchami TseTse Przed wschodem słońca wyruszamy na walking safari. Przez jakiś czas idziemy hippo highway czyli ścieżką wydeptaną nocami przez hipopotamy. One w nocy żerują - dowiaduję się, że potrafią zrobić 30 km w poszukiwaniu jedzenia! Nad ranem wracają do Zambezi i pławią się cały dzień. Nie miałam pojęcia, że to są takie Jasie podróżniki. Od czasu do czasu widzimy totalnie spryskany łajnem krzak, nawet drzewo stojące przy highwayu. James tłumaczy, że samce w ten sposób zaznaczają swoje terytorium: w Afryce to zjawisko nazywa się shit spray. Takie osprejowane łajnem krzaki to częsty widok - nareszcie wiem o co chodzi. Spotykamy też kilka słoni - spokojnych i leniwych samców, wiele antylop, żyrafy no i afrykańskie glisty: wielkie iączarne. Biorę jedna do ręki, a potem kładę sobie na kolano. To niesamowite tak chodzić po sawannie - nigdy nie wiadomo, co wyłoni się przed tobą albo za tobą. Trzymamy się w blisko siebie wg poleceń. Mam świadomość, że to spacer pożegnalny po tym parku narodowym. Po śniadaniu pakujemy się i jedziemy przez busz otwartym jeepem. Po kilkunastu minutach muchy TseTse postanawiają ruszyć do ataku. Są małe, ale bardzo skuteczne w kąsaniu. Angielki piszczą jak oszalałe, bo są całe pogryzione. Machają kapeluszami, próbując odganiać te nachalne insekty. Ja zachowuję spokój, postanawiam "pogadać" z szefową czyli naczelną devą much TseTse. Zastygam w medytacji i tłumaczę, że jestem tu na ich terytorium gościnnie i proszę o przychylne ustosunkowanie się do mojej krótkiej wizyty. Dlaczego one uwzięły się na mnie, a nawet nie zbliżają się do Ewy?!! - pyta podirytowana Helen. Ja uśmiecham się tajemniczo, a Don mówi: Magic power, eh? Potem w samochodzie wszyscy pogryzieni smarują się tea tree oil, a ja nie mam ani jednego śladu. Musi co magic… bo co innego?
20 maja - powrót do Harare Jest wieczór - wróciliśmy niedawno do domu. Podroż powrotna trwała ok. 5 godzin. Trudno się podróżuje bez tej klimatyzacji - w ciągu dnia jest bardzo gorąco, dochodzi do 35 stopni. I pomyśleć, że rano jedliśmy śniadanie na brzegu Zambezi…
24 maja W gorące piątkowe popołudnie wyruszamy samochodem na wschód w stronę Eastern Highlands, konkretnie do rejonu Vumba. Krajobraz wschodniej części Zimbabwe jest zasadniczo rożny, od miejsc, które do tej pory widziałam: jest zielono i górzyście. Zastanawia mnie ponownie, dlaczego tablice oznajmiające nazwy miejscowości są puste. Później dowiaduję się, że są kradzione, bo są aluminiowe, a aluminium można sprzedać I kupić jedzenie… Teraz już wiem, dlaczego w Harare nie ma tablic z nazwami ulic. Spotkał je taki sam los. Generalnie kradzione jest wszystko, co się da sprzedać czy zamienić na pożywienie. Gdy po kilku godzinach jazdy w dolinie miedzy górami ukazuje się miasto Mutare, stolica tego regionu, nie mogę pozbyć się wrażenia, ze miejsce podobne jest do Zakopanego… Zaczyna się zmierzch, a my łapiemy znowu gumę! Don bierze się do wymiany koła, ja trochę mu pomagam, a trochę spoglądam w spektakularne niebo. Gdy dojeżdżamy do naszego miejsca przeznaczenia, czyli The Castle (zamek) okazuje się, że rzeczywiście jest to prawdziwy zamek. Serdecznie wita nas Alex-gospodarz, częstuje pyszną sherry i oprowadza po swoim zamku. Mówi, że cały zamek jest do naszej dyspozycji, bo on zawsze przyjmuje tylko jedną grupę gości (do 8 osób). Możemy sobie wybrać własną sypialnię (a jest ich 4), a jutro możemy spać gdzie indziej. No i znowu niespodzianka: czegoś takiego naprawdę nie spodziewałam się przeżyć w Afryce. Zamek jest wytwornie i ze smakiem umeblowany antykami. Został zbudowany przez włoskich więźniów wojennych w latach 40-tych z tysięcy kamieni na skale zwanej Leopard Rock (od rodziny leopardów, która tu zamieszkiwała). Podobno leopardy można spotkać na skałach w czasie porannych i wieczornych spacerów - mnie to się nie udało. Cały zamek jest idealnie wmontowany w otaczające środowisko - do tego stopnia, ze skały w kilku miejscach przechodzą przez ściany zamku i znajdują się w środku pomieszczenia! Najbardziej robi na mnie wrażenie łazienka przy jadalni, gdzie kibel stoi pomiędzy dwoma skałami, jak jakiś tron. Alex opowiada, że Królowa Matka autentycznie na tej toalecie zasiadała w czasie swojej wizyty w tych stronach wiele lat temu… Hm! Ja też zasiadłam w celu zrobienia sobie zdjęcia na tym jedynym w swoim rodzaju tronie. Wszystkie sypialnie są piękne, każda inna, ale mnie najbardziej przyciąga tower, bedroom czyli sypialnia w wieży na samej górze. Zasiadam na tarasie przed sypialnią i podziwiam roztaczający się pode mną widok. Zaczynają pokazywać się pierwsze gwiazdy i cała moja uwaga kieruje się w stronę nieba. To chyba niebo na ziemi - czuje się jak w środku tego nieba. Robię sobie legowisko, znajduję mrugającego swawolnie Syriusza i wpadam w kontemplacyjny trans, a może sen. Przychodzi po mnie Don, bo czas na kolację. Znowu to jedzenie: w kraju gdzie miliony głodują ja ciągle jem, zaczyna mi to przeszkadzać, szczególnie ż wcale nie jestem głodna. Ale grzecznie schodzę do jadalni, gdzie wita mnie uśmiechnięty Alex i przepięknie przykryty stół zastawiony po brzegi pysznościami, oświetlony srebrnymi świecznikami. I jak tu nie jeść. Szczególnie podoba mi się "Vumbanikiel" czyli chleb pieczony w zamku wg specjalnej zdrowotnej receptury Vince’a, partnera Alexa - pycha! Kolacja jest 3-daniowa: zupa z dyni, kurczak z ryżem i jarzynkami, no i na deser rolada czekoladowa. Herbata i kawa podane są w salonie, ale ja żegnam się i idę do mojej wieży. Noc jest bardzo ciepła jak na zimę, więc wiele godzin leżę sobie na tarasie, chyba nawet przysnęłam. W końcu pakuję się do łóża i zauważam, że jest ciepła pościel: Alex włączył mi koc elektryczny. Ten to potrafi zadbać o swoich gości!
25 maja - The Castle, Bvumba COŚ mnie budzi w środku nocy. Siadam na łóżku i ze zdumieniem zauważam, że drzwi, które zamknęłam przed snem są otwarte na oścież… A to ciekawe… Czuję czyjąś obecność, ale nie boje się. Jest to życzliwa obecność, więc dziękuję jej za opiekę… I wtedy ten ktoś odchodzi…. Zamykam drzwi, ale już nie mogę spać więc opatulona w koc kładę się na tarasie i czekam na wschód słońca. Gdy pojawiają się pierwsze promienie usypiam na chwilę, poczym o 6.30 zakładam adidasy, szorty i zbiegam po schodach bo mam ochotę iść na spacer. Przed zamkiem wita mnie Tina, czarny Labrador i prowadzi mnie na 2-godzinny spacer, zakończony wizytą na ekskluzywne pole golfowe przy Leopard Rock Hotel (podobno jedno z najsłynniejszych na świecie). Do śniadania mam jeszcze dużo czasu, wiec siadam do medytacji i mam wielkie przeżycie z Lazarisem i … tą obecnością. Płaczę ze wzruszenia. Dzień w zamku upływa leniwie na popijaniu herbatki i czytaniu National Geographic. Jest wyjątkowo ciepło jak na zimę w tym rejonie. Don pojechał do miasta naprawić przebita oponę, a ja postanawiam odwiedzić lokalny ogród botaniczny (Vumba Botanical Gardens). Włóczę się po pięknym terenie przez kilka godzin podziwiając ogromną kolekcję afrykańskich roślin i drzew. W środku ogrodu znajduję małą kawiarenkę połączona z galeryjka pełna lokalnie wykonanych rzeźb, grzechotek i batików wiec wykupuję wszystkie grzechotki oraz ostatni batik. Przy haftowanym w kolorowe scenki z życia afrykańskiego chusteczkach czytam opowieść o pewnej Angielce, żonie farmera, która przejęta losem lokalnych kobiet zaczęła uczyć je sztuki haftowania, W ten sposób dała im możliwość zarabiania swoich własnych pieniędzy. Od tego czasu rejon Bvumba słynie z tych haftowanych arcydzieł. Przychodzi mi refleksja, że często tak niewiele trzeba by pomóc innym ludziom: przecież ta jedna kobieta, ta jedna inicjatywa wpłynęła na jakość życia dwóch pokoleń czarnych kobiet tego rejonu… W głowie śpiewam sobie balladę Denvera o Buckminster Fullerze pt. What one man can do…. Ruszam dalej. Umówiłam się z Donem w słynnej kawiarni Tony’s (u Tonego) kilka kilometrów dalej wiec idę przed siebie krętą szosą. Droga jak do Morskiego Oka - tylko, że na horyzoncie widać plantacje kawy w Mozambiku… Jesteśmy tuż przy granicy. W rowie przy szosie widzę rozłożone na sznurkach "pranie": pełno białych haftowanych obrusów, ściereczek i fartuszków, a obok tej kolekcji dwie murzynki z małymi dzieciaczkami. Przysiadam obok nich w rowie i zaczyna się prezentacja: rozkładają przede mną po kolei wszystkie obrusy. Każdy jest inny, każdy zawiera inne precyzyjnie haftowane kolorowymi nićmi scenki z życia w wiosce. Dowiaduję się, że autorką haftów jest jedna z nich Mavis, a ta druga to jej siostrzenica, która w weekendy przyjeżdża z Mutare, żeby cioci pomagać w sprzedaży i opiece nad dziećmi. Oczywiście wydaję wszystkie pieniądze, jakie mam przy sobie, chyba 5.000$. Obiecuję, że jutro też przyjadę żeby kupić coś jeszcze. Ruszam dalej. Tony’s okazuje się być umieszczona w kamiennym cottage o słomianym dachu wiedeńską kawiarenką. W menu jest ponad 50 różnych kaw i herbat, no i słynne w całym Zimbabwe torty Tonego. Podchodzi do mnie Tony we własnej osobie (ewidentnie gej) i przez kilka minut odkodowuje nazwy swoich słodkości. Wybieram gotowane ciasto whisky chocolate, bo podobno jest bez mąki. No tak: mąki to w tym torcie nie ma, jest to sama czekolada, orzechy i jajka, a wszystko przywalone furą bitej śmietany… Nie mogę całej porcji zjeść, wiec zawijam połowę tortu w serwetkę i chowam sobie na później. Wieczorem przy kolejnej eleganckiej kolacji w zamku wspominam Alexowi o moim nocnym doświadczeniu, a on na to niewinnie: Och dosyć długo był spokój… Czy to była męska obecność czy żeńska? Męska - odpowiadam bez wahania. To był Leslie - on na to - Jak przychodzi Anne to rozchodzi się bardzo charakterystyczny zapach. Oczywiście natychmiast chcę wiedzieć, kim są, a raczej, kim byli Lesie i Anne, więc popłynęła przepiękna opowieść. Otóż Lesie zbudował ten zamek dla swojej żony Anne. Anne była jego wielką miłością i drugą żoną. Znali i przyjaźnili się przez lata, będąc mężem i żoną swoich poprzednich partnerów, z którymi mieli wiele dzieci. A potem - uwaga! Tu będzie niespodzianka - już będąc po czterdziestce wykonali swap czyli zamianę: mąż Anne został nowym mężem żony Leslie, a Anne została nową żoną Leslie. Bardzo mi się ta love story spodobała. Anne i Leslie mieli razem córkę Jane. Jako para wiele osiągnęli: założyli Leopard Rock Hotel, który stal się słynnym miejscem zabaw bogaczy tego świata, zbudowali zamek i pole golfowe. Niestety Leslie zmarł dosyć wcześnie, potem zmarła na raka ich córka Jane (zdążyła wykonać dwa małżeństwa, ale bezdzietne). Anne dożyła sędziwego wieku i cieszyła się do końca dobrym zdrowiem. Alex (Portugalczyk) i Vince (Anglik) - jak się okazało para od 35 lat - kupili potwornie zaniedbany zamek od zięcia Anne po jej śmierci. Podobno drzewo figowe wrosło do środka więzy, bo w zamku nikt nie mieszkał przez 60 lat! Remontowali te ruiny przez 4 lata, wyposażyli antykami i otworzyli ekskluzywny hotel (cena za dobę od osoby z pełnym wyżywieniem 12.000 Z$ albo dla cudzoziemców 400 US$), który w swoim najlepszym okresie trzeba było rezerwować z rocznym wyprzedzeniem! Teraz sytuacja w kraju bardzo się zmieniła i jest coraz gorzej. Wiele hoteli się zamyka albo bankrutuje, bo turystów coraz mniej. Alex zwierza nam się, że miał "wizytę" przedstawicieli rządu. Taka "wizyta" oznacza, że zamek komuś z popleczników Mugabiego bardzo się spodobał i będą próbowali go bezprawnie zająć. Na szczęście narazie jakoś udało im się wybronić - co będzie dalej niewiadomo. Na wszelki wypadek kupili dom w okolicznej wiosce, a Vince pojechał do Irlandii, z której pochodzi żeby uruchomić tam jakiś interes. Tej nocy znowu się budzę i czuję w powietrzu dziwny zapach: połączenie gardenii, fiołków i róży. To pewnie sugestia, ale na wszelki wypadek dziękuję Anne za wizytę i proszę o opiekę nade mną i moją rodziną.
26 maja - niedziela Wracając z porannego spaceru z czarną labraderką Tiną spotykam Alexa. Opowiadam mu o Pałacu Nieznanice i o tym nocnym zapachu, a on na to że Leslie, Anne i ich córka Jane są pochowani w przyzamkowym ogrodzie zwanym rememberance garden. Proszę go żeby mnie tam zaprowadził, bo chce pomodlić się za spokój ich duszy. Miejsce ich odpoczynku nie jest grobem, ale pięknym ogrodem z tablicą o następującej treści: Those who were dearly loved never die because they live in the hearts of their beloved forever. (Ci, którzy byli prawdziwie kochani nigdy nie umierają, bo na zawsze żyją w sercach swoich ukochanych). Spędzam przy tej tablicy wiele czasu na refleksjach, modlitwach i marzeniach. Zanim odchodzę zwracam się z prośbą do Anne i Leslie aby byli moimi nauczycielami … związków miłości. Mam wrażenie, że odnoszą się przychylnie do mojej prośby. Podobam im się. Po południu postanawiam przejechać się na słoniu. Rzeczywiście siedzenie na tonach mięsni tego kolosa jest czymś niezwykłym, ale po 15 minutach mam dosyć. Taki trenowany, aby służyć ludzkim zachciankom słoń jest czymś smutnym… Przypominam sobie słonie z Botswany - w pełni swojej potęgi i wolności. Potem ruszamy na przejażdżkę samochodem. Bardzo chcę odwiedzić plantacje kawy w Mozambiku, to tylko pół godziny jazdy przez wzgórza. Krzak kawy jest średniego rozmiaru i pełno na nim zielonych kulek. Te kulki się zbiera, moczy żeby wypuściły ziarenko, a potem te ziarenka idą do palarni i w ten sposób powstaje kawa, którą znamy. Ciekawostka, co?
27 maja Taki pierwszy dzień po wycieczce lubię spędzić na refleksjach w samotności i spokoju. Jak tylko Don wyszedł rano z domu poleciałam na spacer w stronę Honeydew Farm, to taki lokalny warzywniak. Tym razem w czasie spaceru zaczepiło mnie trzech młodych ludzi szukających pracy. Bardzo te spotkania przeżywam, bo oni są naprawdę w desperacji. Poszłam sobie dalej do końca ulicy i na skrzyżowaniu z główną trasą odkryłam "sklep" z rzeźbami. Sklep polega na tym, że wielka przestrzeń zarośnięta trawą przejęta została przez dwóch artystów-rzeźbiarzy, którzy mieszkają pod drzewem i wokół siebie zorganizowali wernisaż-wystawę swoich dzieł. Rzeźby są rozłożone na drewnianych ławeczkach skleconych, z czego się da. Niektóre są piękne i bardzo ciekawe - od malutkich słoni, hipopotamów i lwów do wielkich ogrodowych pomników tych zwierząt, sporo też głów afrykańskich i impresji na temat rodziny - takie postacie połączone w różnorodne układy. Zakochałam się w rzeźbie przedstawiającej leżąca mamę-hippo ze swoim baby, ale jest to tak ciężkie że sama nie wiem, co zrobić. Łaziłam po tej wystawie chyba z godzinę, a artysta -rzeźbiarz za mną - oferując coraz niższe ceny. Bardzo mu zależało żebym cos kupiła. W końcu powiedział, ze nie maja pieniędzy na jedzenie. Ja też nie miałam przy sobie kasy, ale dałam mu 1.000$ zaliczki i powiedziałam, że wrócę jutro. Jezu - jak ja to przewiozę, szczególnie że kilka rzeczy już kupiłam...
28 maja Obudziłam się w dziwnym nastroju. Mam tu niesamowite sny. Zapisuję wszystkie, bo zawierają ważne wytyczne na przyszłość. Zebrało mi się na pisanie wiec zasiadam do komputera i uzupełniam notatki z podróży. Przed chwilą zjadłam awokado z naszego ogrodu (pycha!!) na żytnich grzankach - to moje codzienne śniadanie ok. 11. Rano lecę na godzinny spacer, potem w ogrodzie ćwiczę jogę, potem dopiero lunch, dużo czytam. Oto, co wyczytałam w gazecie rządowej The Helard: dzisiaj rząd Zim ogłosił 6 miesięczny okres emergency w ramach próby zapanowania nad epidemią AIDS. Na całym świecie jest 40 mln chorych na AIDS, z czego 22,5 to środkowo-południowa Afryka. Statystyki Zimbabwe podają liczbę chorych w tym kraju na 1,4 mln, co tydzień na AIDS umiera 2.000 ludzi, a co najmniej 20 procent z 14 milionowej populacji jest zakażonych. Od roku 1998 oczekiwany wiek spadł z 60 lat do 39! 15% nowych przypadków AIDS to dzieci poniżej 5 lat. Prognozy przewidują, że w ciągu następnego 10-lecia 45% dzieci zostanie osieroconych, a 50% wszystkich dzieci będzie zainfekowanych wirusem AIDS. Rząd właśnie zmienił przepisy dotyczące leków - dopuścił do użytku generic medicine (leki niemarkowe) i będzie dążył do tego, aby każdy chory miał dostęp do lęków. Cały dzień przesiedziałam przy komputerze. To są takie moje wstępne impresje. Dużo jeszcze mam do dopisania. W przerwach udało mi się popływać w basenie i ugotować zupę dyniową z dużą ilością świeżego imbiru. Nakarmiłam tą zupą całą służbę, a przed chwilą wyniosłam też duży talerz nocnemu dozorcy, który marznie tam na dworze. Codziennie przychodzi na nocną zmianę od 6 wieczorem do 6 rano - a w Harare wieczorami temperatura spada do 5-7 stopni. Wczoraj paliliśmy w kominku. Don mówi, że rozpuszczę mu całą służbę i co on potem zrobi, ale ja ramach mojego spaceru latam, co rano do sklepu po zakupy i karmię ich, czym mogę. W czasie tych spacerów wielokrotnie jestem zatrzymywana przez bezrobotnych szukających pracy - Madam, I am looking for work… Serce mi wtedy pęka, bo oni naprawdę chcą pracować i zarabiać na życie. Jutro jadę do miasta na city tour czyli do Galerii Narodowej i na słynne Tobacco Floor czyli największą aukcję tytoniu na świecie. Podobno rewelacja.
29 maja Pojechałam rano z Donem do pracy, bo o godz. 9 wAustralian High Commision umówiona jestem z przewodnikiem z United Travel Center na 3-godzinne zwiedzanie Harare. Innych klientów nie było więc muszę zapłacić podwójnę stawkę za tę przyjemność. Mój kierowca/ guide nazywa się George, ma może 30 lat, jest bardzo przystojny i bardzo czarny. Obwozi mnie po historycznych budynkach miasta, solidnie tłumaczy wszystko łopatologią jakby mówił do głupawej amerykańskiej turystki, ale co tam. Skąd ma chłopaczyna wiedzieć, że od paru tygodni czytam i czytam i czytam na temat tego kraju i dosyć dużo już wiem, nie tylko na temat historii, ale także aktualnej sytuacji. Słucham wiec pilnie, potakuję i jestem wdzięczna za wszystkie dodatkowe informacje. Centrum miasta wrze - ludzie albo się bardzo śpieszą (wtedy są elegancko ubrani) albo stoją przy swoich stolikach z rożnymi dobrami (typu banany, pomarańcze, cukierki, baterie, kartofle, okulary….), leżą na trawnikach (bezrobotni), siedzą na krawężnikach albo polują na turystów (cinkciarze są tu masowo zatrudniani przez bossów, a kieszonkowcy grasują w trzy osobowych gangach: dwóch zagaduje a trzeci kradnie). George zamyka samochód od środka i jedziemy bardzo powoli przez śródmieście. Podobno w Zimbabwe kradzionych jest 1.000 samochodów rocznie, z czego 700 policja odzyskuje. Policja tutaj nie boi się strzelać do złodziei i zostaję poinstruowana, że gdybym znalazła się w środku strzelaniny to natychmiast trzeba się położyć na ziemi, a nie biec… Uff! George zawozi mnie do Natural Sciences Museum, gdzie inny przewodnik przeprowadza mnie przez historię człowieka od okresu kamiennego do współczesności. W muzeum zbudowano naturalnych rozmiarów afrykańską wioskę sprzed kilkuset lat: okrągłe, gliniane domki są przykryte słomianym dachem. Dokładnie takie same wioski wielokrotnie widziałam w czasie naszych podróży. Ukazywały się nagle, czasami w środku absolutnej pustyni, czasami wyglądały z gęstego buszu. Zawsze zastanawiałam się, w jakich warunkach ci ludzie mieszkają, skąd biorą wodę? A jedzenie? Warzywa pewnie uprawiają na tych malutkich poletkach, a resztę jedzenia donoszą z najbliższych skupisk handlowych; to by wyjaśniało te wędrujące dziesiątki kilometrów grupy kobiet z worami, koszykami i kartonami na głowach, często jeszcze z niemowlęciem zawiniętym w ręczniku na plecach. Jak się utrzymują? Odpowiedz jest prosta: na ogół z przydrożnego handlu. Na drogach pomiędzy miastami (tu nie ma autostrad, są takie normalne drogi) można kupić wszystko: od sterty drzewa przez piękne rzeźby z granitu, batiki, od dyni, kartofli i szpinaku do pomarańcz (1 zł za 10 kg torbę). W czasie naszej pierwszej trasy do Victoria Falls kupiłam laskę do chodzenia rzeźbiona przez takiego przydrożnego artystę rozłożonego ze swoim dorobkiem przy stacji benzynowej oraz rodzinę nosorożców także jego autorstwa. Los nosorożców w Afryce jest straszny: kłusownicy polujący na rogi - które ponoć są afrodyzjakiem i używane są w medycynie chińskiej do leczenia - nieomalże je wytępili. W dotychczas odwiedzonych parków safari nie widziałam jeszcze nosorożca czyli rhino. Dowiedziałam się, że pewien australijski badacz ruino w celu ich ratowania przed kłusownikami poluje na nie, usypia i odpiłowuje piłą elektryczną obydwa rogi, po czym wypuszcza z powrotem albo transportuje do Australii, gdzie w rezerwatach mają szansę się rozmnożyć i są potem z powrotem przywożone do Afryki. Niestety jego wysiłki idą na marne, bo wkurzeni tymi działaniami kłusownicy zabijają nosorożce i tak - z zemsty!!! Krew się we mnie gotuje, gdy słyszę takie historie. Ludzkość ma wyjątkowy talent do niszczenia i mordowania wszystkiego, co piękne. Po zwiedzaniu muzeum jedziemy do dzielnicy Kopje, gdzie znajduje się najwyższy punkt w Harare. To taki kopiec Kościuszki - rzeczywiście panorama miasta jest pełna, ale w sumie bardzo nieciekawa: same dachy, a nad nimi smog miasta. Ten kopiec otoczony jest pięknie utrzymanym ogrodem, a w nim samotny sprzedawca memorabiliów. Kupuję od niego naszyjnik zrobiony z nasion i malutkiego hippo. Najchętniej bym mu dała po prostu trochę kasy, ale powstrzymuję się, bo przecież to bez sensu - nie jestem w stanie pomóc każdej napotkanej osobie…. Jedziemy w stronę Tobacco Auction Floor, czyli największej na świecie aukcji tytoniu. Nooo ---- czegoś takiego w życiu nie widziałam i nie zobaczę, nawet nie podejrzewałam, że tak to się odbywa! Wielka hala fabryczna jest wypełniona po brzegi setkami, może tysiącami bali tytoniu i ciągle wjeżdżają "pociągi" z kolejnymi dostawami. Aukcja wygląda tak, że potencjalni kupcy chodzą - właściwie biegają - długim podwójnym szeregiem za prowadzącym aukcję, który krzyczy cenę konkretnej bali. Czarny pomocnik licytuje aż któryś z kupców potwierdzi transakcję. W międzyczasie bale są otwierane, obmacywane, obwąchiwane przez kupców. Robię to samo i w nosie mi się kreci. Kicham jak oszalała. Przyłączam się do jednej z biegających aukcji. Jestem zafascynowana całą tą procedurą, językiem ciała i sprawnością sprzedaży. Farmerzy tytoniu dobrze zarabiają, bo podobno wyhodowanie kilograma tytoniu kosztuje 45centow, a tu dzisiejsza sprzedaż idzie za 1.70-1.80$. Znajduję nawet balę sprzedanąa za 2.07$ - podobno to najlepszej jakości tytoń tzw. Air-dried barley tobacco. Po jakimś czasie następuje zmiana prowadzącego aukcję - młodego piegowatego blondyna zastępuje siwy starszy pan ze swoim "krzykaczem". Sprzedane bale są znaczone i ponownie zaszywane przed dalszym transportem… Zrobiłam trochę zdjęć - znowu pierwsze doświadczenie. Już tak wiele nowych rzeczy doświadczyłam w Zimbabwe w ciągu ostatnich 3 tygodni. Nie zdaję sobie sprawy, że jedno z mocniejszych wrażeń jest właśnie przede mną. George proponuje odwiedzenie słynnego Mbara Market. Dużo o tym miejscu czytałam i zdecydowanie jest na mojej liście, więc bardzo się cieszę. Ale to, co widzę zatyka mi dech w piersiach - nasz wolumen to pestka! Jedziemy powoli wąską brudną szosą, po bokach budy i budki chronione od słońca czarnym zakurzonym plastikiem oraz stoły, stoliki i stoliczki, a wszędzie czarny zbity tłum… Bród przerażający, gorąco strasznie, wszędzie unosi się szary pył…. Jest susza, kraj w kryzysie. Oto przede mną straszny widok ekstremalnej biedy i desperacji. Tu można kupić wszystko: buty, trzcinę cukrową, używane ubrania, warzywa, druty, koło od roweru, a także to, co w sklepach nawet się nie pojawia: cukier, olej i kaszę kukurydzianą. Kasza, zwana tutaj milly meal lub sadza jest podstawą diety tak jak u nas kartofle. Weston opowiadał mi, że jak nie zje na obiad swojej porcji sadzy to nie jest najedzony. Gdy przejeżdżamy obok straganów sprzedających cukier i kaszę, przypomina mi się, jak Weston kilka dni temu ze smutkiem mi mówił, że nie może od miesięcy kupić cukru, bo go nie ma w sklepach, no a sadza jest tylko marzeniem. Proszę Georga żeby mi kupił 6 kg cukru i 10 kg worek kaszy. Zamyka mnie w samochodzie i po kilku minutach wraca ze zdobyczą. Kilka dni temu przeczytałam, że Zimbabwe czeka na dostawę 40 mln ton kukurydzy z Brazylii i USA, co będzie kroplą w oceanie, ale może uratuje od głodu kilka milionów ludzi. Gdy wieczorem wręczam Westonowi worek to cieszy się jak dziecko i całuje swoją ukochaną sadze! A dzisiaj rano po raz kolejny mi dziękował i powiedział, że nareszcie się najadł… Boże - takim niewielkim gestem można przyczynić się do tak wielkiego szczęścia…. Także ogrodnik Allan wielokrotnie mi dziękuje za cukier. Jutro wyjeżdżamy na ostatnia wycieczkę.
31 maja - piątek PAMUSHANA LODGE Podroż zaczynamy od porannej wizyty w High Comission. Don jest od kilku tygodni Nr 1 - zastępuje High Comissionera (czyli ambasadora), który jest na urlopie. Poczuwa się, żeby przed wyjazdem sprawdzić swoje maile. Już o 8.30 jesteśmy w trasie, tym razem na południe w stronę miasta Masvingo. Za Masvingo odbijamy na zachód w stronę Mallangwe Reserve i około godz. 13 docieramy do Pamushana Lodge malowniczo położonej wysoko na grani nad jeziorem. No, nic dziwnego, że ta lodge wyliczana jest na liście 21 najlepszych hoteli na świecie. Cała Pamushana składa się z 6 WIELKICH 2-osobowych ekskluzywnych - w pełni tego słowa znaczeniu - willi wbudowanych w skały, każda z basenem oraz otwartego kompleksu recepcyjnego, także sprytnie wmontowanego w otaczające ze wszystkich stron skały: living z kominkiem, pokój telewizyjny też z kominkiem, wielki basen a obok mniejszy, tarasy zawieszone na balach, jadalnia. Zresztą tego nie da się opisać, więc robię całą serię zdjęć z nadzieją, że uda mi się złapać magię tego miejsca. Jestem pełna podziwu i chodzę po terenie jak Alicja po krainie czarów. Dopytuję się o autora tej bajki i okazuje się, że miejsce to zostało zaprojektowane przez architekta z Afryki Południowej, specjalizującego się właśnie w takich lodgach. Nam przypada Willa 2 - kolos przykryty słomianym pokryciem o sufitach 5 metrowych, wszystko takie wielkie i takie piękne! Łoże (rozmiar jumbo!) małżeńskie z cudownym "afrykańskim" widokiem na góry jest otoczone muślinową moskitierą, w łazience wanna przy szklanej ścianie, otwarty prysznic, nawet bidet. Drugi prysznic znajduje na zewnątrz. To będzie moje ulubione miejsce - prysznic na skale, pod drzewem akacjowym
|